niedziela, Kwiecień 25th, 2010...6:26 pm

Rozmowa z Kamą Veymont

Jump to Comments

„Hotel Polski”  opowiada tajemniczą historię niemal nieznaną w Polsce. Dwa miesiące po zlikwidowaniu warszawskiego getta, w lipcu 1943 roku, w mieście ogłoszonym oficjalnie „judenfrei” (wolnym od Żydów) powstaje ambasada. Ambasada dla Żydów , w której za zgodą Gestapo, za wielkie pieniądze, nabyć można paszporty, które mają ratować życie.

Hotel Polski, fot. materiały dystrybutora

Hotel Polski, fot. materiały dystrybutora

W hotelu, na Długiej 29, pojawiają się Żydzi, którzy do budynku wchodzą na hasło: Jestem Żydem, chcę wejść.


Małgorzata Sobolewska:  Na początku Szwajcar Eliasa Sternbucha  zakochał się w  Gutcie Eisenzweig – Żydówce z  Warszawy i przy pomocy zagranicznego paszportu wydostał ją z getta. Wtedy narodził się pomysł,  aby tym prostym sposobem uratować więcej Żydów. Kiedy i gdzie w tej historii zaczął się podstęp?

Kama Veymont: Elias Sternbuch rzeczywiście zakochał się w Gutcie i wykorzystał swoje znajomości dyplomatyczne, żeby załatwić jej paszport Paragwaju. Ale to nie był jeden Sternbuch, tylko cała rodzina, szacowny klan ortodoksyjnych Żydów zaangażowanych w akcje ratowania Żydów na całym świecie. Kiedy zorientowali się, że za pomocą tak prostego podstępu udało się wydostać Guttę, postanowili stworzyć listę osób, którym dałoby się wystawić dokumenty, niemalże prawdziwe – bo na ich nazwiska, tyle że zdobyte nie całkiem legalną metodą. Powstała tzw. lista Sternbuchów. Według niej, wykorzystując pieniądze własne i z Kongresu Żydów Amerykańskich, a częściowo za darmo, wykorzystując towarzyskie układy, zaczęli załatwiać paszporty. Ostatecznie Sternbuchowie wysłali do Polski ponad 4000 dokumentów. Przychodziły one do getta, bo praktycznie do końca jego funkcjonowania działała poczta na Zamenhofa. W drugiej akcji wysiedleńczej, na przełomie 1942 i 1943 roku, zginęło jednak trzy czwarte Żydów z getta, więc kiedy paszporty trafiły na pocztę, ich adresaci już nie żyli. W jaki sposób konfidenci, Lolek Skosowski i Adam Żurawin, weszli w posiadanie tych papierów historia milczy. Jedno wiadomo – zostały one zabezpieczone prawdopodobnie z myślą, żeby kiedyś zrobić z nich użytek. Okazja nadarzyła się szybko. W połowie 1943 roku Niemcy potrzebowali obywateli z obcymi paszportami na wymianę z internowanymi przez aliantów Niemcami w krajach Ameryki Południowej lub innych. Wystarczyło więc wprowadzić do wtórnego obiegu przechwycone paszporty. Oferta skierowana była do Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie miasta i spotkała się z oczekiwanym odzewem. Do Hotelu Polskiego ciągnęły tłumy, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Ostatecznie w 1943 roku przez Hotel wyjechało z okupowanej Polski ponad 2000 Żydów. Trafili do obozów internowania w Bergen-Belsen i Vittel, gdzie mieli oczekiwać na wymianę. Jednak do wymiany nie doszło. Kraje południowoamerykańskie: Paragwaj, Urugwaj, Salwador itp. zwlekały z uznaniem ich za swoich obywateli. Niemcy przeprowadzili weryfikację w obozach i doszli do wniosku, że lokatorzy Hotelu Polskiego nieprawnie weszli w posiadanie cudzych dokumentów i wysłali ich do Auschwitz.


W jaki sposób  Żydzi dostawali się do Hotelu, czy widzieli to Polacy, czy były próby donosów?

Do Hotelu dostawali się różnymi sposobami. Jedna osoba podobno dostała się  kanałami wprost na dziedziniec Hotelu, to jednak nie potwierdzona opowieść. Według relacji zgromadzonych w Żydowskim Instytucie Historycznym do Hotelu najczęściej docierali pieszo lub dorożką, po sowitym opłaceniu woźnicy. Zagrożenie ze strony szmalcowników było duże, jednak po zlikwidowaniu getta zmalało, bo sami szmalcownicy uważali, że biznes się skończył, że ci co siedzą w swoich kryjówkach już w nich pozostaną.

Co Żydów skłaniało do pójścia do Hotelu Polskiego?

Szansa ratunku, choćby złudna. Ukrywanie się po stronie aryjskiej było trudne, niepewne i często kosztowne. Ludziom kończyły się oszczędności, albo ich kryjówka została „spalona”. A nawet jeśli ciągle mieli gdzie się schować, to był to przecież kolejny rok ukrywania się. Nie było wiadomo, jak długo jeszcze. Poza tym chowanie się przez dwa lata w szafie to tak wielka trauma, że w pewnym momencie człowiek chce wyjść na podwórko niezależnie od tego czy zostanie zamordowany, czy nie. Ta chęć wyjścia i pobycia człowiekiem choćby przez chwilę jest silniejsza niż wszystko. To przestaje być racjonalna decyzja. Gdyby, na zdrowy rozum, rozpatrzyć sprawę, czy iść na Długą czy nie iść, rozsądek podpowiadał – nie iść. Przecież Niemcy zabijają Żydów, a nie karmią ich w Hotelu Polskim. Cała sprawa jest szyta grubymi nićmi – każdy by tak pomyślał, ale nie ktoś, kto już trzy lata leży mieszka w skrytce zrobionej w parapecie i wychodzi raz na trzy miesiące, w nocy, na chwilę. Ci ludzie robili więc wszystko, żeby się wydostać.

Niemcy cały czas wiedzieli o Żydach, którzy znajdowali się  w Hotelu Polskim, tylko byli oni, z jakichś względów, potrzebni?

Niemcy z lokalnego Gestapo wiedzieli, na dodatek sami w procederze uczestniczyli. Skoro mieli z tego zysk, nie protestowali. Wygląda na to, że im więcej „obywatel” płacił, tym bardziej był „prawdziwym obcokrajowcem”. Prawdopodobnie sądzono, że nikt tych dokumentów nie będzie już weryfikował. Okazało się jednak, że na poziomie generałów III Rzeszy sprawa wygląda inaczej niż na poziomie posterunkowego Gestapo. Gdy podjęto próbę wymiany międzynarodowej, ludzie ci zostali, jak byśmy to dziś powiedzieli, „zweryfikowani negatywnie”. Sprawa została uznana w całości za „żydowski szwindel”. Rolę Niemców z całej tej akcji jakby wymazano, choć wiadomo, że bez ich udziału operacja na taką skalę, jak w Hotelu Polskim, po prostu nie mogła się odbyć. Tego, po prostu, nie mogło zrobić na własną rękę dwóch żydowskich kolaborantów.

Czy rzeczywiście można o nich powiedzieć: kolaboranci? Czy działali także, aby uratować Żydów, a nie tylko by na tym zarobić?

Tego nikt nie wie. Znając ludzką naturę, myślę, że może chcieli i jednego i drugiego: i Bogu świeczkę, i diabłu ogarek. Jeżeli można zarobić, a jednocześnie uratować komuś życie, czyż nie jest to piękna karta po wojnie? To się nie udało. Nie wiadomo do jakiego stopnia wiedzieli, czym to się skończy. W świetle badań PAN wygląda na to, że jednak wierzyli, że się uda.  Posłali tam swoje rodziny. W obozie w Vittel była żona Adama Żurawina, byli krewni Lolka Skosowskiego. Jednak  na naszym etapie wiedzy, pełne rozstrzygnięcie nie jest możliwe. Lolek Skosowski został zastrzelony przez AK jeszcze w czasie wojny w Warszawie, Adam Żurawin zmarł wiele lat po wojnie w USA. Sąd rabinacki w Izraelu uniewinnił go „z braku dowodów”. Z drugiej strony z artykułu Agnieszki Haska, konsultantka historycznego filmu (Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN), „Adam Żurawin – bohater o tysiącu twarzy” wynika, że Żurawin w sposób świadomy i dla zysku kolaborował z Niemcami.


Historia Hotelu Polskiego nie jest zbyt znana w Polsce i na świecie.

Na świecie bardziej. Na Długiej czasem zatrzymują się autokary z turystami ze Stanów Zjednoczonych, z Wielkiej Brytanii. Szukają znaku, tablicy, że jest to miejsce pamiątkowe. Niczego nie znajdując – odjeżdżają. Recepcjonistka Hotelu potwierdza, że co pewien czas przyjeżdżają Żydzi zza granicy i pytają. A tu nie ma śladu. Nie ma śladu, bo w Polsce się o tym nie mówi. Ta historia znana jest nielicznej grupie ludzi. Zważywszy na to, że był to jedyny na taką skalę handel dokumentami, prowadzony nieomalże oficjalnie, niczym w ambasadzie  – to robi wrażenie teatru absurdu. Tym bardziej, że ten budynek jest, można go obejrzeć i wyobrazić sobie jak to wszystko wyglądało.


Gdy wchodzi się do środka, znajduje się  ślady dawnej obecności Żydów, nawiązania do kultury żydowskiej i wydarzeń, które miały tam miejsce?

To jest dziś  hotel trzeciej, powiedzmy, kategorii, w którym z powodzeniem można by nakręcić film Stanisława Barei. Ma peerelowską scenografię: z pucharami, talerzami malowanymi na 25-ty zjazd i sztucznymi paprotkami. Obsługa nie wie nic na temat roli, jaką hotel odegrał w czasie wojny Chociaż… kiedy pojechałam na dokumentację do Hotelu, recepcjonistka chciała wiedzieć, czy nie chcemy kręcić „o Żydach”. Kiedy potwierdziłam, opowiedziała mi o duchu, który dość regularnie nawiedzał ją w czasie nocnych dyżurów. Miał mieć około 60 lat, długi płaszcz, skórzany kapelusz, siwą brodę. Czegoś szukał, coś próbował mówić w nieznanym języku. Zawołana na świadka druga recepcjonistka potwierdziła, że zjawa pojawia się także  na jej dyżurach. Ochrona z kolei przyznała, acz niechętnie, że na pierwsze piętro w nocy w ogóle  nie chodzi. Bo słychać kroki, trzaskają drzwi – a tam przecież są biura  i w nocy nie ma nikogo W 1943 roku to tam właśnie, na pierwszym piętrze toczyło się życie: tam była sławna jadalnia z darmowym jedzeniem, obok, w biurze kupowano wizy… Więc, jeżeli ta pamięć przetrwała, to, metafizycznie mówiąc, jest ona gdzieś w murach i objawia się na poziomie nierealnym.


Czyli najpierw był duch czy pomysł na film?

Najpierw było rozpoznanie historii. Zaczęłam czytać  relacje pamiętnikarskie z tego okresu, szukałam historii z getta. Wtedy zobaczyłam, że prawie we wszystkich relacjach z 1943 roku pojawia się hasło „Hotel Polski”. Skupiłam się na tym, a gdy znalazłam książkę Agnieszki Haskiej, która na temat Hotelu mówiła znacznie więcej niż inne źródła, wtedy zrozumiałam , że to jest to, co muszę wyjaśnić. Pojechałam, zobaczyłam, budynek stoi. Weszłam, porozmawiałam, a oni mi mówią, że tu są duchy. Jak mi powiedzieli, że są duchy, to wiedziałam, ze film musi powstać.

Ale w filmie duchów nie ma.

Zachowałam na pamiątkę nagranie recepcjonistki, która bardzo szczegółowo opowiada, skąd duch wychodzi ze ściany, gdzie wchodzi, jak się zachowuje. Ten kuszący wątek nie znalazł się w filmie, aby nie zacierać granicy między prawdą a fikcją. Pierwszy film na ten temat powinien być przede wszystkim historycznie rzetelny. Tej pogmatwanej historii nie musimy opowiadać za pomocą duchów, skoro mamy jeszcze garstkę żyjących bohaterów.



2 komentarzy

Dodaj komentarz